Mieliśmy się spotkać w poniedziałek 10, ale ta fala bombardowań. We Lwowie też doświadczyliśmy kolapsu energetycznego. I plany się zmieniły. Umówiliśmy się na kawę w środę. Zaczynamy nasze znajomstwo. Jan i Julia są przedsiębiorcami. Ich córka Elżbieta jest w szkole, a syn Jurek jest w wojsku. Nie. Nie tak. Jura Kaskiw jako jeden z żołnierzy legendarnej 80 Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej broni Ukrainy. Kierunek Charków. Tam bliżej do Ługańska, gdzie idą pierwsze odziały ZSU. Jurek należy do tych, którzy walczą od pierwszych dni. Teraz brał udział w kontrofensywie Charkowskiej, wurzucali rosjan z Iziuma i iinych miejscowości przebywających pod okupacją. Kaskiwy to jedna z polskich rodzin Lwowa, którzy tę wojnę przeżywają nie tylko sercem. Każdy z nich ma kartę Polaka. Wydawałoby się, oto szczęśliwy bilet do innego życia bez wojny. Ale z tą myślą coś jest nie tak. Odrzucam ją. I staram się zrozumieć, jak wiele musieli przejść wszyscy z tej rodziny, która godnie zdaje egzamin postawiony przez wojna przed każdym z nas. Wszakże teraz cieszę się ze spotkania z polskimi patriotami Ukrainy.
„Ja długo namówiłam go, żeby nie jechał. Bardzo się martwiłam. No i teraz się martwię. Ale zresztą zdałam sobie sprawę, że to jego dojrzała decyzja, więc będę wspierać mojego syna co by nie było. Chociaż nie jest to łatwe – wzdycha Julia. Jan kładzie rękę na jej dłoni. Zaspokaja. Ledwie zdąża powiedzieć, że choć było to trudne, poparł decyzję syna. A Julia już zmienia niepokój w swoim głosie. Oczy się śmieją, gdy zaczyna opowiadać o przedwojskowej historii syna. Lata szkolne Jurka są ściśle związane z katedrą lwowską. Tu został ministrem i brał czynny udział w życiu młodzieżowej wspólnoty katedralnej. "Ukończył nawet zkolenia ceremoniarzy liturgicznych" - Julia pokazuje zdjęcie syna w białej albie i świadectwo o ukończeniu szkoleń liturgicznych. Młody przystojniak uśmiecha się ze zdjęcia, zauważam jego podobieństwo do młodego Johnny`ego Deppa. Trudno go sobie wyobrazić z karabinem. Ale to dopiero początek. Julia pokazuje inne zdjęcia, na których Yurek jest już w mundurze. Z bronią. Za kierownicą Uralu. Za kierownicą jakiegoś rozbitego grata. Kolejnym zajęciem Jurka Kaskiwa było stolarstwo. Uczył się tego u oo Salezjanów. „ Dziwnie wyszło. Nasz Yurek w jasełkach zawsze otrzymywał rolę Józefa. A potem jak Józef został stolarzem” – opowiada Julia.
Yurek poszedł służyć na poborową. Dostał się do 80-ki, która trzymała pozycje na miedzy z okupowanymi terytoriami ukraińskiego Donbasu. Był rok 2019-2020. Następnie podpisał kontrakt. Julia czule wspomina, jak w zeszłym roku całą rodziną wpatrywali się w translację parady do Dnia Niepodległości Ukrainy. Ich syn maszerował wzdłuż Chreszczatyka w ekipie jednostki desantowej. Dalej mi pokazują zdjęcie odznaki za udział w paradzie podpisaną przez W. Zełenskiego. Nawiasem mówiąc, to nie jedyny podpis prezydenta i pamiątka od głowy państwa. Już na innym zdjęciu Julia pokazuje długopis i krótka adnotacja do ucznia Jurka Kaskiwa od Prezydenta RP Andrzeja Dudy. To prezent, który on otrzymał wraz z grupą lwowskich uczniów, dla których Kancelaria Prezydenta RP przygotowała szkolne wyprawki i symboliczne pozdrowienia od pana Prezydenta.
Kiedy rosjanie wtargnęli się, syn był ze swoją jednostką wojskową. 80-ka należała do tych, którzy znaleźli się na najniebezpieczniejszych miejscach. Wstrzymywali ataki okupantów. Jednostka Jurka wykonywała rozkazy w obwodzie charkowskim. „W marcu zadzwoniliśmy, a on powiedział: jeśli możesz, poszukaj kask i kamizelkę kulootporną” – prowadzi Jan. „Oni tam mieli bardzo ciężko. Musieli cofać się. Zrozumiałem że nie możemy zwlekać. I zaczęliśmy szukać te rzeczy o które on nas prosił”. Historia poszukiwań sprzętu wojskowego była dla Kaskiwych początkiem zupełnie nowego doświadczenia. Woluntarzem się nikt nie rodzi. Żartują. Musieli przejść przez siedem kręgów piekła, aby pomóc dziecku. Julia opowiada o setkach telefonów, o serii rozczarowań – kiedy okazało się, że we Lwowie dla wojskowych wszystko było wykupione, jak w Polsce natknęli się na spekulantów, czasem swoich z Ukrainy. Wspominają też o innych - tych kto podstawił ramię. Jan i Julia należą do wspólnoty katolickiej „Kościół Domowy”. I bracia ze wsplnoty ich wsparli. Nie tylko moralnie, ale i z swojej kieszeni. Cena kamizelki kuloodpornej wiąsną wyrosła prawie trzykrotnie, Kaśkiwym proponowano kupić za 3 tys. euro. Lecz dla tej rodziny to była zbyt wielka suma. No i potrzebowali 2 kasków, bo na froncie był ich bratanek, kolega Jurka - Gienek. W jednostce obrony przeciwlotniczej walczył w kierunku Zaporoża. Też potrzebował. Za cenę jednej kamizelki kuloodpornej wtedy można było zamówić dwa hełmy – tłumaczy Jan. Nie starczyło mi na to pieniędzy. Po tym Kaśkiwy opowiadają o niczym bajce. Otrzymali telefon od jednego z lwowskich księży, który zgodził się pomóc.
Nieco zmieniamy temat. Julia opowiada o swojej historii, która wyjaśnia skąd tyle duchowieństwa w tej opowieśći. Ich życie od dawna było związane z katedrą lwowską. am się pobrali, tam ochrzcili swoje dzieci. Kiedyś Julia pracowała tam w dziecięcej Świetlicy. Ich syn zainteresował się służbą liturgiczną. Został ministrem. I tak roku za rokiem pojawiały się nowe znajomości także wśród duchowieństwa. W głosie Julii wyczuwam ogromną wdzięczność. Ona wymienia imiona kapłanów którzy pomogli ich rodzinie zbierać pomoc na front: Jan, Iwan, Roman, Mieczysław, Aleksandr, Andrzej, Łukasz, Grzegorz. Jest ich naprawdę sporo. Do rzeczy, księża zajmują swoje, bardzo istotne, miejsce w tej wojnie. Ze słów Julii rozumiem, że to była ostatnia deska ratunku, która uratowała wtedy ich poszukiwania, a de facto ich syna i siostrzenica na froncie.
Kamizelkę kuloodporną i hełm, a co jeszcze zabrać ze sobą - Jan zaczyna opowiadać o pierwszej swojej wyprawie na linię frontu. “Zapytałem wtedy syna co jeszcze zabrać ze sobą. A on odpowiada: Tato, możesz jeszcze wziąć dla nas chleba, bo od kilku dni go nie mieliśmy. Bardzo trudno było mi to usłyszeć” – przyznaje ojciec. Zauważam, że Jan zaczynają szybciej mrugać. Julia też. Oboje mają oczy na mokrym miejscu, wspominając ten epizod i doświadczenie syna. Nasza rozmowa przypomina góry-doły. Wahadło kołysze się od łez do śmiechu. Akurat teraz Jan z uśmiechem po szczegółach opowiada dalej jak załadował do swojego 20-letniego Audi paczki z produktami, lekarstwami, higieną i innymi rzeczami, zostawiając miejsce na pudła z chlebem i wyruszył w kierunku Charkowa. Po drodze zabrał przyjaciela i pojechali w stronę frontu.
„Nie znałem drogi. Jechałem nawigatorem. Kiedy widzieli na chek-pointach moją lwowską rejestrację to nie zatrzymywali. Już w nocy zaczęliśmy docierać do miejsca spotkania z synem. I tak zatrzymałem się koło jakiejś szkoły, gdzie mieliśmy się spotkać. Nie było tam świateł. Złe połączenie. Nie ma syna. No i czekamy. Po kilku minutach komórka złapała sieć. Mówię, gdzie jestem. A on krzyczy - Tato, co ty tam robisz! Tam już są Rosjanie. Wynoś się stąd! Więc wleciałem do samochodu. Okazało się, że wjechałem prawie na 20km na terytorium kontrolowany przez ruskich... Rosjanie jechali przeciąć mi drogę do ucieczki... “Ural” i BWP... Pedał gazu wcisnąłem do podłogi... Na liczniku 200...Nie wiem, jak się wydostaliśmy. Zostawiłem tam całe zawieszenie, bo jechałem nierealnie szybko, jak tylko mogłem”. Potem Jan przerywa ten wątek i mówi coś o polu minowym. W tym momencie Julia wzdycha głęboko i odwraca się do okna. Pewnie po to, żebym znów nie widział łez w jej oczach. Ale powstrzymuje emocje, a jej mąż dalej śmiejąc się opowiada o tym jak przeleciał wtedy i po polu minowym.
- Tata, a jak ty jechałeś? Pokazuję że no tędy.
- Jak. Przecież tam jest zaminowane. Pole minowe. Jak?
Jan mówi że syn później zaprowadził go małej tabliczki “miny”, której w nocy nie sposób było rozejrzeć. Jak wtedy wróciłem cały dodomu - nie wiem - kończy Kaśkiw starszy. Po tym spał tak mocno że przespał nalot ruskich szybowców. Nie słyszał jak ostrzeliwano z samolotów ich pozycje.
Kiedy wrócił do Lwowa, odrazu zaczął planować nowy wyjazd do syna na wschód. “Mówię przynajmniej zjedz coś, potem porozmawiamy” - Julia opowiada o powrocie męża. Od tego czasu Jan nadal pomaga jednostce, w której służy jego syn. To nie tylko produkty. Na noktowizor robili zrzutkę w całej rodzinie i wśród wszystkich krewnych. Gdyby nie rodzina z Anglii, znacznie trudniej byłoby załatwić to dla chłopców - wyznaje Jan.
Następny wyjazd do syna odbył się za kilka tygodni. Tym razem na szczęście nie było żadnych incydentów. Choć Jan pokazuje na telefonie zdjęcia wraków zniszczonej technoki wojskowej - typowy pejzaż z miejsc gdzie szła wojna. Opowiada o głodnych dzieciach bawiących się łuskami, o powalonych przez Rosjan słupach oświetlenia ulicznego, z których zaborcy powykręcali panele słoneczne, cywilne samochody zmiażdżone przez czołgi. „Mieli z tego radość. Specjalnie strzelali do samochodów cywilów. Niektóre miażdzyli z tymi kto był w środku”. Dalej pokazuje zdjęcie. Wydawało by się, że w ciągu 8 miesięcy wojny można było przyzwyczaić się do takich zdjęć. Ale nie.
Następnie słucham innej opowieści o tym, jak trudno było rodzinie Kasków zebrać pieniądze na samochód do oddziału syna. Tu też ze świata po nitce. Znowu pomoc od najbliższych. Jan pyta: “Zgadnij, jakie największe i najmniejsze przelewy otrzymaliśmy?”. Zdjął mi to pytanie z języka, bo też chciałem go zapytać. Odpowiedź: to 50 000 UAH (>6000zł) od księdza i 2,5 UAH (30 groszy) od kogoś innego. Tym razem każdy z nas patrzy w inną stronę. Gardło ściska. Bo są wśród nas tacy, którzy przypominają wdowę z przypowieści biblijnych. Jan mówi że był wzruszony na maxa. I mówi że bardzo ceni gest “małych pieniędzy”.
Ponownie dotykamy tematu religijnego. Julia opowiada o kapłanach, z którymi dorastał jej syn, teraz żołnierz. I jak ci księża nadal pomagają ich rodzinie. Pokazuje nagranie jednego z wikariuszy katedry, który przed wyjazdem na wschód błogosławi samochód ojca i zachęca syna. Następnie Jan opowiada, jak przywiózł pudełko różańców na front. Z jakim szacunkiem wzięli brali je żołnierze. O pułkowniku, który również poprosił o jeden różaniec dla siebie. Jak budujące okazało się wsparcie duchowe i również materialne którego doświadcza ich rodzina od księży lwowskich.
“Zdecydowaliśmy się zbierać na samochód dla jednostki syna. Ale taki żeby się nie połamał na drodze pod czas wykonania rozkazów”, - kontynuuje Jan. Zajmuje się remontami, był na zarobkach w Holandii. Wrócił w lutym. Widzę tego mężczyznę przed sobą i rozumiem, od kogo jego syn ma żelazny charakter. Jan odbył serię nieprzyjemnych rozmów, gdy szukał, jak zarejestrować samochód do jednostki wojskowej syna. “Musiałem się spierać z jednym z urzędników, gdy on powiedział mi, że taki samochód nie przetrwa długo na froncie. Mimo niby oczywistej możliwości współpracy z różnymi fundacjami, ukraińskimi czy polskimi, ciężar zakupu samochodu wojennego spoczął na barkach samej rodziny i tych dobroczyńców, którzy pomogły im zebrać pieniądze. Julia zabierała samochód z Polski. Przygody na granicy – osobna opowieść z potwierdzeniem wszelkich stereotypów na temat bezczelnych handlarzy, aroganckich celników, pseudo-wolontariuszy. Kiedy Julia opowiada ten odcinek, w jej oczach znowu pojawiają się łzy. Kobieta musiała przejść trudną drogę. Ale na szczęście Mercedes Vito już służy chłopakom na pierwszej linii wykonuje zadania bojowe.
Myślałem, że rozmowa z rodziną Polaków ze Lwowa potrwa nie więcej niż godzinę. Trzy godziny naszego spotkania umknęły niezauważalnie. Jan i Julia przygotowują kolejną dostawę pomocy na front. Zbiórka dla 12 żołnierzy walczących w oddziale ich syna. Opowiadają o modlitwach za swego Jurka, krótkich telefonach z frontu, na które codziennie czekają, by usłyszeć jego głos. Jeszcze coś trzeba będzie przekazać bratankowi Gienku, który służy w jednostce obrony przeciwlotniczej pod Zaporożem. Ponadto Julia wzięła opiekę nad jeszcze jednym ex-ministrantem katedralnym, przyjacielem jej syna. Marjan Kamilewski wraca do zdrowia w jednym ze lwowskich szpitali po odniesionych w walce uszkodzeniach. Na co teraz zbieracie? - pytam Jana. Skromnie mówi - zima blisko. Chłopcy potrzebują wszystkiego, co pomoże im przetrwać mrozy. To i bielizna termiczna, buty zimowe, ciepłe ubrania, grzejniki, baterie i wiele innych rzeczy. Julia znowu skrywa oczy, żebym nie widział jej emocji, kiedy mówi, że my tu na zapleczu wojny mamy niby wszystko. I część tego chcę przekazać na front. Pytam, czy mają czas na pracę. Uśmiechają się. Odpowiadają, że gorączkowe tempo w jakim toczy się teraz ich życie jest z jednej strony obowiązkiem, z drugiej nie byliby w stanie tego zrobić inaczej. “A ja jeszcze zrobiłam konserwację i zamroziłam trochę grzybów, aby dać chłopcom na zimę. Tak bardzo chcą przynajmniej odrobinę czegoś z domu” – mówi Julia i wreszcie rozumiem, dlaczego trzyma w rękach serwetkę. Ma zraniony w pracy palec, na co stara się nie zwracać uwagi. Dziś dla mnie uosabia cały nasz kraj, który mimo całej wściekłości wojny pozostaje kobietą, matką opiekunką nie tylko dla swego syna.
Pożegnaliśmy się jak starzy przyjaciele. W drodze do domu przeglądałem puzzle w głowie, z których układa się historia Kaśkiwych. Polacy ze Lwowa. Syn na froncie, ministrant z karabinem. Ojciec, który kręci się między kilkoma pracami, aby wykroić z zarobków na wcale nie tanie rzeczy potrzebne na froncie. Matka, której serce jest nie tylko dla syna. Jak tygrysica jest gotowa bronić swojego dziecka. Ich najmłodsza córka, której ukradli spokojne dzieciństwo. Pisząc te słowa, rozumiem, że nie będę mógł trzymać się z daleka. I jeśli ktoś z Was chciałby pomóc, numer karty Jana Kaskiva można uzyskać w redakcji.
Autor : Andrzej Konko