Aktualności

Назад

Kazanie apb. Mieczysława Mokrzyckiego na Światowy Dzień Chorych - WARSZAWA

: 290 2018-02-12 22:33:36

Czcigodni Kapłani i Osoby Życia Konsekrowanego!
Kochani Bracia i Siostry, dotknięci chorobą i cierpieniem!
Umiłowani Bracia i Siostry!

Papież Franciszek, w kolejnym w historii Kościoła Światowym Dniu Chorych, prowadzi nas na Golgotę, gdzie znajduje się cierpiący Jezus i stojący pod krzyżem, towarzyszący Jego cierpieniu ludzie. Jest wśród nich Jego Matka, która tam na wzgórzu Golgoty otrzymała nas w darze od swego Syna, gdy powiedział do umiłowanego ucznia Jana: „Oto Matka twoja”. I tam na Golgocie dał nam Jezus najcenniejszy skarb, swoją Matkę, gdy powiedział do Niej: „Matko, oto syn Twój”.

Stajemy zatem na wzgórzu Golgoty jako wielka rodzina, zjednoczona wokół Syna Bożego. Stajemy jako rodzina Kościoła przy cierpiącym Jezusie, który dzisiaj wskazuje nam, nie na swoje cierpienie, lecz cierpienie innych, którzy żyją wokół nas.

Wspaniale ukazał nam taką postawę dostrzegania chorych i pomocy im, św. Marek opisujący niebywałe spotkanie Chrystusa z trędowatym. Spotkanie zdrowego z ciężko chorym. Spotkanie pełne nadziei i oczekiwania na dar, na błogosławieństwo, a może na uleczenie.

Trędowaty, który stanął przed Jezusem, wiedział do kogo przychodzi. Słyszał zapewne o dokonywanych znakach, o uzdrowieniach, o wypędzaniu złych duchów. Ktoś wskazał mu drogę i powiedział gdzie może Go spotkać i bez obawy podejść do Niego. Tak też czyni.

Zwróćmy uwagę na postawę trędowatego. On nie żąda, on nie wymaga, on nie woła musisz mi pomóc, lecz upada na kolana i prosi: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Inaczej można powiedzieć, że prosi aby spełniła się wola Jezusa, a nie jego.

Ewangelista zauważył, że Jezus zdjęty litością, wyciągnął rękę i powiedział: „Chcę, bądź oczyszczony”.
Pouczeni ewangelicznym spotkaniem, zatroszczmy się abyśmy i my dzisiaj przyjęli postawę pokornej prośby. Nie stawajmy dzisiaj z żądaniem i nie mówmy: „Boże musisz mnie uzdrowić”. Raczej stańmy jak trędowaty i pokornie prośmy: „Jeśli chcesz możesz mi pomóc, lecz nie jako ja chcę, ale jako Ty” niech mi się stanie.

Bez wątpienia trudna jest taka postawa i może dlatego poprowadził nas papież Franciszek w tym dniu na Golgotę, aby zrozumieć i przyjąć cierpienie jako zaproszenie ze strony Jezusa do towarzyszenia Mu na drodze spełniania się woli Ojca, która okazuje się znakiem miłości, a nie nienawiści; znakiem zbawienia, a nie potępienia; znakiem życia, a nie śmierci.

Zatem Golgota, to obecność miłości, z której rodzi się współczucie, towarzyszenie cierpieniu, obecność podtrzymująca nadzieję i trwanie aż do końca. Święty Augustyn powie: „Idziemy do Boga nie drogą, lecz miłością”. A ta miłość, to nie tylko słowa i deklaracje, lecz czyny i konkretne działanie, gdyż wiara bez uczynków martwa jest.

Umiłowani Bracia i Siostry!

Pozwólcie, że w tym zatrzymaniu się przy miłości uczynkowej, czyli tej nie mówionej lecz czynionej, przywołam przykład życia św. Jana Pawła II, który zachęcał nas słowami: „Miejcie odwagę żyć dla Miłości, bo Bóg jest Miłością.” oraz „Miłość jest tym, co stanowi o doskonałości moralnej człowieka, jego podobieństwie do Boga.” i jeszcze: „Miłość nie oznacza emocjonalnego przemijania czy chwilowego oczarowania, ale wyraża wolę i odpowiedzialną decyzję związania się całkowicie na dobre i na złe. Jest darem z siebie samego drugiemu człowiekowi.”

To papieskie spojrzenie na miłość niech da nam zrozumienie, że miłować bliźniego, to być z nim, pomagać mu, leczyć i pielęgnować go, oraz to co najważniejsze, szanować jego godność, tak w zdrowiu jaki w cierpieniu i chorobie, a może przede wszystkim w cierpieniu i chorobie.

Taka dobra postawa uczynkowej miłości powraca do nas i jest nagrodą jaką przynosi nam Bóg, który jest Miłością.

Miałem szczęście widzieć i być blisko spełnienia się powracającej Miłości w życiu człowieka, który poświęcił dla tej Miłości całe swoje życie.

Było to 25 marca 2005 r., podczas wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej. Pamiętamy, że chory i cierpiący papież, nie mógł być obecny w Koloseum ale łączył się z wiernymi modląc się w swej prywatnej kaplicy i oglądając w telewizji bezpośrednią transmisję. Wierni na całym świecie mogli widzieć Jana Pawła II również dzięki przekazowi telewizyjnemu. Byłem wówczas przy Nim, lecz nie przypuszczałem, że będzie to czas Jego wchodzenia na Golgotę i spotkania z Bogiem w tajemnicy przejścia do Domu Ojca. Ja tego nie wiedziałem, ale wiedział to Bóg i przeczuwał to Jan Paweł II, który w pewnym momencie poprosił aby dać mu do ręki krzyż. Poszedłem więc do swego pokoju i zdjąłem ze ściany krzyż, a następnie podałem go Ojcu Świętemu. I cały świat widział jak chory, cierpiący i zbliżający się do kresu życia Jan Paweł II obejmuje swymi ramionami krzyż.

Przypomniały mi się wówczas słowa, jakie powiedział papież kilka miesięcy wcześniej w Loreto 5 września 2004 roku: „Nieść Krzyż za Jezusem oznacza być gotowym do wszelkiej ofiary z miłości do Niego oraz nie stawiać nikogo i niczego przed Niego, nawet najdroższych osób, nawet własnego życia. Wiecie, że przylgnięcie do Chrystusa jest wymagającym wyborem. Jednak to nie sami niesiemy krzyż. Przed nami idzie On..."

Niezwykłość temu wydarzeniu dodaje jeszcze historia tego krzyża, związana z wielkim cierpieniem domu, w którym został wyrzeźbiony.

Daleko od Rzymu, w Polsce, w niewielkiej wiosce o nazwie Stefkowa, pani Janina Trafalska myła okna w swoim domu. Nieszczęśliwie poślizgnęła się i wypadła przez okno łamiąc sobie kręgosłup. Wskutek tego wypadku doznała paraliżu. Mimo natychmiastowej pomocy i wielu operacji, pozostaje kaleką na całe życie. Wydarzenie to miało miejsce w 1990 roku.

Wraz z chorobą przychodzi załamanie. Nie przyjmuje nikogo, boi się spotkania z ludźmi. Znakiem tego są zasłonięte żaluzje w oknach, gdyż nie chce aby ktoś oglądał jej kalectwo. Obrażona na Boga, pogrążona w bólu, ciągle zadawała pytania: „Panie Boże, dlaczego ja, dlaczego teraz? Przecież mam synka Sebastiana, który ma zaledwie 6 lat. Jak oni sobie poradzą bez mojej pomocy?”.

Przełomem staje się 1997 rok. Wówczas zwróciła się z prośbą do męża, który miał uzdolnienia w kierunku rzeźby w drewnie, aby wykonał dla niej krzyż z figurką Chrystusa. Po wykonaniu krzyż zawisnął na ścianie w jej pokoju i od tej pory chora mogła jednoczyć się z Chrystusem i znosić po chrześcijańsku swoją chorobę. W roku 2000 z ich parafii jechali pielgrzymi do Rzymu na uroczystości Roku Jubileuszowego. Małżonkowie spontanicznie podjęli decyzję, aby ten krzyż przekazać Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II. Podczas przekazywania tego krzyża Ojciec Święty jakoś dziwnie się w niego wpatrywał, przez chwile adorował go, a potem przekazał go mnie. I w ten sposób, krzyż ten towarzyszył mojemu codziennemu życiu wisząc na ścianie w moim mieszkaniu w Watykanie. I taki stan rzeczy trwał aż do pamiętnego Wielkiego Piątku. Było to 8 dni przed jego śmiercią. Papież tulił się do tego krzyża, dotykał go czołem, z trudem utrzymując go w swoich rękach. Ktoś później skomentował to następująco: „To nie papież dźwigał krzyż, ale to krzyż wtedy dźwigał papieża”.

I tak zatrzymał się Bóg, który jest Miłością przy św. Janie Pawle II. Stało się to dzięki życiu pełnemu postawy miłości do Boga i ludzi.

Moi Drodzy!

W świecie gubiącym wartości i coraz bardziej pełnym sprzeczności, zatrzymajmy się dzisiaj przy wierze. Niech nasze życie stanie się znakiem nadziei, widzącej człowieka i wychodzącej naprzeciw jego potrzebom. Pozostańmy nauczycielami miłości, najpierw do Boga Stwórcy, Zbawiciela i Ożywiciela, następnie do bliźnich, nie czyniąc różnicy i jednakowo podając rękę chorym na trąd, spracowanym dłoniom rolnika i robotnika, naukowca, profesora i analfabety, aż po doskonałą miłość nieprzyjaciół.

Wejdźmy na drogę szeroko pojętego Apostolstwa Chorych, podejmując wolontariat wobec cierpiących w szpitalach czy hospicjach. Wobec samotnie chorujących sąsiadów, których dawno nikt już nie odwiedził.
Niech nas połączy krzyż, który dla chorych będzie powracającą Miłością, a dla nas drogą Miłości, po której kiedyś powróci Ona do nas.

Zjednoczmy się wokół krzyża, aby zdobyć się na odwagę przytulenia się do tego świętego drzewa. Niech z krzyża Chrystus poprzez nasze dłonie niesie pomoc chorym i cierpiącym, gdyż teraz ma nasze ręce. Niech poprzez nasze nogi, dociera do ludzi potrzebujących miłości, gdyż dzisiaj może tylko z nami iść do bliźnich. Niech poprzez nas głos dociera z prawdą o szacunku i potrzebie wzajemnego wsparcia. Niech przez nasze życie pisze się dzisiaj Ewangelia obecności Boga pośród świata.

Bądźmy odważni i poprzez modlitwę cierpienia przemieniajmy oblicze świata, ale bądźmy również odważni i w cierpieniu odnajdźmy dla siebie szansę dobrego uczynku.

Niech Światowy Dzień Chorych i nasze dzisiejsze spotkanie, umocnią tych, którzy uczestniczą w Apostolstwie Chorych, a tych, co się jeszcze zastanawiają nad drogą miłości uczynkowej, niech zachęci do podania ręki bliźniemu w potrzebie.

Amen.



Назад